2014.03.17
Na Rosję użyją banków a nie tanków
Rosja najlepiej czuje się w bezwzględnej konfrontacji militarnej i do tego chciałaby sprowokować Ukrainę. Stany Zjednoczone preferują jednak własną broń, ekonomię. Ostatnie posunięcia administracji Obamy mogą wskazywać, że amerykański rząd zamierza powtórzyć sprawdzony sposób uderzenia Ronalda Regana.
Rosyjska metoda Salami
Nie ja pierwszy wypowiem następujący pogląd. Krym to dopiero początek. Wydarzenia ostatniego tygodnia wyraźnie na to wskazują. Rosja wbrew opinii międzynarodowej nie wycofała się z przeprowadzenia referendum na Krymie. Kolejny krok to właśnie rozpoczęta seria antyukraińskich protestów na całym wschodzie i południu Ukrainy w ewidentny sposób inspirowana przez Kreml. Scenariusz jest już dobrze czytelny. Ze względu na brak wystarczająco silnego oporu ze strony państw Zachodu, Rosja chce powtórzyć aneksję ziem Ukrainy, lecz tym razem na znacznie większą skalę. Może nie odbędzie się to jednorazowo, ale destabilizacja dużych ośrodków miejskich: Charkowa, Doniecka i Odessy będzie następowała stopniowo. W ten sposób po plasterku, metodą Salami, Ukraina będzie traciła kontrolę nad kolejnymi swoimi ziemiami.
Wydaje się, że poza głośnymi protestami Zachód jest w tej sprawie bezczynny, a raczej nieudolny i tylko ułatwia Rosji przeprowadzenie jej zamierzeń. Zwłaszcza Unia Europejska nie jest w stanie zdobyć się na szybkie i zgodne stanowisko. Negocjacje i uzgodnienia posunięć trwają tak długo, że oczekiwane reakcje Europy będą dużo spóźnione, a tym samym pozostaną bez skutku. Może ten stan był przyczyną irytacji Waszyngtonu i niewybredne „fuck UE” dyplomaty amerykańskiego, które „ktoś” tak ochoczo ujawnił, aby poróżnić sojuszników.
W ostatnim tygodniu przynajmniej stanowisko Ameryki wreszcie zaczęło się zmieniać, od słów do czynów. Administracja prezydenta Obamy najwyraźniej zdała sobie sprawę z tego, że Putin cynicznie wykorzystuje amerykańską koncepcję resetu stosunków z Rosją i od dłuższego czasu odbudowuje swoje imperialne apetyty. Naiwnym było oczekiwać, że USA podejmą z tego powodu zdecydowane kroki militarne, choć gdzieś podświadomie każdy z nas boi się wojny obejmującej największe mocarstwa. Ale spokojnie, Obama raczej postanowił pójść sprawdzoną drogą Ronalda Regana i wykorzystać działania ekonomicznie
„Używajcie banków a nie tanków”
Ameryka ma znacznie skuteczniejszy sposób walki z Rosja niż użycie siły militarnych. Dosadnie wskazał to w zacytowanym wyżej zdaniu jeden z rosyjskich dysydentów.
Gospodarka rosyjska mimo ponawianych wysiłków modernizacyjnych wciąż ma charakter wybitnie surowcowy. Prawie 2/3 dochodów budżetu Rosji pochodzi z eksportu surowców energetycznych. Głównym hitem eksportowym Rosji wcale nie jest gaz ziemny, od którego tak bardzo zależy gospodarka europejska. Gaz stanowi jedynie niecałe 12 procent rosyjskiego eksportu. Kilkukrotnie większe dochody Rosja ma ze sprzedaży ropy naftowej. Jest to około 200 miliardów dolarów każdego roku stanowiące ponad 50 procent dochodów budżetu Rosji. Wystarczy obniżyć światowe ceny ropy naftowej o kilkanaście procent, aby Rosja zaczęła odczuwać dotkliwe straty finansowe w wysokości kilkudziesięciu miliardów dolarów rocznie. W dłuższym okresie może to załamać gospodarkę rosyjską i doprowadzić do destabilizacji społecznej i politycznej w tym kraju.
Stany Zjednoczone właśnie zaczęły to robić. Największymi producentami ropy naftowej na świecie po Rosji są właśnie USA i pozostająca w sojuszu z nimi Arabia Saudyjska. Z tym, że Stany Zjednoczone w bardzo ograniczonym zakresie eksportują swoją ropę. Posiadają jednak olbrzymie zapasy strategiczne szacowane na 700 milionów baryłek, które zresztą wciąż są powiększane. W ostatnim tygodniu Stany Zjednoczone zapowiedziały, że pierwszy raz od 1990 r. uwolnią na światowy rynek cześć tych zapasów w skromnej ilości 5 milionów baryłek ropy. Już sama zapowiedź uruchomienia sprzedaży amerykańskich zapasów spowodowała, że cena ropy spadła w zeszłym tygodniu o 2 procent. Możemy sobie wyobrazić, co będzie, jeśli USA zdecydują się na większą sprzedaż?
Dokładnie taką sama strategię obniżania cen ropy w porozumieniu z Arabią Saudyjską zastosował Ronald Regan 30 lat temu. Jak pamiętamy, doprowadziło to w bardzo krótkim czasie do upadku całego bloku wschodniego. Co prawda obecnie sytuacja nie jest identyczna, ale gospodarka Rosji jest wciąż niezwykle uzależniona od ceny ropy naftowej. Do tego wymienię pośredniejsze czynniki wpływu wynikające z wpisania się Rosji w strukturę gospodarki światowej. Jest to wycofanie się zachodniego kapitału z moskiewskiej giełdy i duże spadki cen akcji na tej giełdzie, a także wciąż postępująca przecena rosyjskiego rubla. Nie robi to pewnie na Kremlu tak wielkiego wrażenia, ale może dopełnić zagrożenia płynącego ze znaczącego uszczuplenia bieżących dochodów państwa w handlu ropą. Stany Zjednoczone mają więc bardzo mocne karty w rozgrywce z Rosją? Czy zdecydują się je wykorzystać? Chciałbym wiedzieć.
Zresztą wbrew stanowi zagrożenia wytworzonemu przez Rosję, cena ropy przez cały okres od upadku rządów Janukowycza wcale nie rośnie, jak zapewne chciałby Kreml. Może jednak Stany Zjednoczone mają tą rozgrywkę równie dobrze rozpisaną jak Putin?
Jednym z najwytrawniejszych znawców problematyki wschodniej w Stanach Zjednoczonych, a zarazem zdecydowanym zwolennikiem zaangażowania się USA w sprawę Ukrainy jest Zbigniew Brzeziński. Dał temu wyraz w programowym artykule sprzed 3 tygodni na łamach Financial Times. Zauważyłem rzecz ciekawą. Jeszcze parę tygodni temu był on stale proszony o komentarze dotyczące Ukrainy w związanej z Demokratami amerykańskiej telewizji CNN. Od dwóch tygodni jego osoba znikła. Może to świadczyć o jednej z dwóch rzeczy. Albo administracja Obamy stawia docelowo na dogadanie się z Rosją i nie zależy jej na eskalacji opinii, więc częste komentarze Brzezińskiego stały się niepożądane? Albo wręcz przeciwnie. Może Demokraci wezwali swojego emerytowanego eksperta do ścisłego sztabu kryzysowego i nie może się on dzielić w mediach informacjami niejawnymi? Powinniśmy więc obserwować ceny ropy.
Bartłomiej Wydra