Szanowni Państwo, w celu świadczenia usług na najwyższym poziomie, w ramach portalu TWiNN.pl stosujemy pliki cookies. Korzystanie z tej witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu.
 
Homes
Forums
FaceBooks
Kontakts

2017.10.16

Kiedyś to się piło - z bąbelkami i bez

Lato za oknem. Wakacje i wysokie temperatury. To dobry czas, aby porozmawiać o… napojach. Ale to nie będą te, po które możemy sięgnąć codziennie w sklepie. Moja opowieść będzie dotyczyć zapomnianych i nieistniejących marek, a podróż jaką odbędziemy zaprowadzi nas w czasy nie tak bardzo odległe: w lata drugiej połowy XX wieku, gdy w naszym pięknym kraju nad Wisłą Coca Cola była symbolem luksusu i wolności. Tę krótką podróż sentymentalną dedykuję wszystkim: tym, którzy pamiętają syfony i saturatory oraz tym, którzy nie mają o nich pojęcia…

fotografie oryginalnych etykiet napojów z kolekcji autora

Jeszcze nie tak dawno w Rzeszowie, na placu obok dworca autobusowego PKS, szczególnie letnią porą, parkowały osobliwe pojazdy: prostokątne pudła na dwóch, szprychowych kołach, z daszkiem przeciwsłonecznym. Jasnozielone, niebieskie albo białe stanowiły charakterystyczny detal miejskiego pejzażu. Saturatory! Tak nazywały się te koromysła, w których za symboliczną opłatą 50 groszy można się było napić sodowej wody prosto z sieci, a dopłacając złotówkę skosztować napoju w wersji luksusowej, czyli: z sokiem malinowym, którego zapasy zgromadzone były w charakterystycznych naczyniach, zamontowanych na pulpicie saturatora. „Woda z wózka” miała wielu amatorów, mimo że w świetle dzisiejszych norm higienicznych parę rzeczy było nie do przyjęcia: woda, którą zasilano agregaty urządzenia była zwykłą kranówą, podrasowaną dwutlenkiem węgla z butli podpiętej do kompletu, a szklaneczki wielokrotnego użytku, w których podawano napój, płukane były w sposób dość… umowny: przy pomocy „spryskiwacza” uruchamianego przez miłą panią obsługującą saturator. Pyszne! Ale ponieważ już w tamtych czasach lubiliśmy innowacyjne projekty, można było spotkać i u nas zmechanizowaną wersję saturatora: sporych rozmiarów niebieską szafę, z podświetlanym napisem „woda sodowa”, urządzeniem wrzutowym i niszą na musztardówki, to jest: szklanki na wodę (nierzadko zabezpieczane przed amatorami miejskich pamiątek konkretnym… łańcuchem :-) Ot, taki bankomat do wydawania wody sodowej, pradziadek automatów sprzedających dziś kawę, czekoladę albo batoniki :-) Urządzenia takie można było spotkać obok wejścia do Domu Handlowego Pionier, vis a vis dworca PKS albo na ulicy 3 Maja, obok Delikatesów, no i oczywiście – na dworcu PKP. Serwowały wodę czystą oraz z sokiem, przyjmowały bilon 50 groszy, jeden złoty i kombinacje tych nominałów. Były obok saturatorów wózkowych bardzo charakterystycznym motywem miejskiego wodopoju, dystrybuującego atrakcję dla spragnionych: dwa atomy wodoru i jeden atom tlenu wzbogacane dwutlenkiem węgla, to jest: wodę sodową. W gorące dni po „wodę z wózka” albo „z szafy”, ustawiały się kolejki chętnych: chętnych do ugaszenia pragnienia i podzielenia się z bliźnimi… własną florą bakteryjną.

fotografie oryginalnych etykiet napojów z kolekcji autora

A w naszych domach, w warunkach kameralnych, rarytas ten (czyli: sodową wodę) zapewniały inne wynalazki, dziś trochę zapomniane, których nazwa dziś, kojarzy się raczej z hydrauliczną instalacją odpływową, czyli: syfony. Klasyczne, szklane, które po zużyciu zawartości oddawało się do sklepu spożywczego celem ponownego napełnienia, oraz te wielokrotnego użytku, które wystarczyło napełnić kranówą, a potem używając naboju ze sprężonym gazem nasycić bąbelkami. Sztuka polegała na szybkim i sprawnym wkręceniu „bombki” z dwutlenkiem węgla do głowicy syfonu, z charakterystycznym psssssssssyt! I gotowe. Urządzenie można było postawić na honorowym miejscu zastawionego stołu. Dziś można jeszcze trafić na aukcjach tego typu gadżety, oryginalne i z epoki, produkcji czeskiej, enerdowskiej albo węgierskiej, są też dostępne naboje z dwutlenkiem węgla. Kto zechce, może spróbować smaku czystej, rzeszowskiej wody, która stała się sodową. Hokus pokus!

Ale w tamtych, dziwnych, ale w sumie wesołych czasach mieliśmy jeszcze i inne mokre rarytasy z gazem i bez, gotowe do kupienia i wypicia, które dziś możemy wspominać z sentymentem lub jak kto woli… obrzydzeniem.

fotografie oryginalnych etykiet napojów z kolekcji autora

Zatem po kolei: woda sodowa zwykła, nasycona dwutlenkiem węgla, nazywana Wodą Stołową. U nas była to też słynna Rzeszowianka, z charakterystycznym logo na etykiecie: babeczką w ludowym stroju, wylewającą życiodajną strugę z dzbana. Odjazd! Dacie wiarę, że nie było wtedy w ogóle w sprzedaży wody mineralnej niegazowanej? A z mineralnych, nibyleczniczych była jedynie Celestynka i Wysowianka? To były najtańsze możliwości ugaszenia pragnienia w sklepie (a właściwie: obok sklepu) Społem. Wyższa półka to wody smakowe: Oranżada Wyborowa i Mandarynka, ta druga z charakterystycznym obrazkiem z pomarańczką. Później, w latach 80. w sklepach pojawił się napój gazowany o smaku pomarańczowym, słodzony pod tytułem Orange. Nasza krajowa wersja kapitalistycznej Fanty. Rarytasem była Cytroneta – napój gazowany wykonywany na soku cytrynowym oraz Herbavit – bąbelkowiec w wersji cytrynowej oraz mandarynkowej. A kto pamięta Złotą Rosę albo Jantar? Ta pierwsza to gazowana woda na soku naturalnym a drugi – napój na bazie miodu. A przepyszny, pomarańczowy Ptyś w dużych, półtoralitrowych butlach? Ot, były sobie czasy… Myślę, że reprodukcje oryginalnych etykiet z moich zbiorów odświeżą niektórym pamięć. Oprócz wymienionych wyżej napojów są tam też te mniej znane, bo w kolekcji mam ich dużo więcej, ale wszystko w tak krótkiej historyjce się nie zmieści :-)

fotografie oryginalnych etykiet napojów z kolekcji autora

Na zakończenie tej wyliczanki będzie klasyka i jednocześnie niedościgniona próba osiągnięcia pułapu najsłynniejszych smaków orzeźwiających, czyli: Quick Cola i Polo Cocta, ta ostatnia zwłaszcza dość charakterystyczna, bo spopularyzowana przez pop-kultowy film Juliusza Machulskiego.

Na fotografiach kilka wersji etykiet z różnego czasu produkcji. Barwa i smak w pewnym stopniu naśladowały Pepsi i Coca Colę (a może raczej: wyobrażenie o nich). Ta pierwsza zresztą (Pepsi) dostępna była w peerelowskich sklepach, w długich, charakterystycznych butelkach, druga (Coca Cola) – raczej tylko w Pewexach, przy czym wersja w puszce, to był prawdziwy kosmos i zupełna innowacja! (Chodzi o puszkowane napoje gazowane, bo inne np. niezłe soki Dodoni były popularne i dostępne w sprzedaży). A jeśli już o napojach w puszkach: nie podjąłbym się tłumaczenia tego fenomenu współcześnie żyjącym młodym ludziom, którzy nie zrozumieją nigdy, że w sklepach nie było kiedyś piwa czy Fanty w puszce, a kolekcjonowanie pustych opakowań po tychże rarytasach – to był sport na miarę filatelistyki… Dla mnie, poza wspomnieniem czasów, w których dorastałem, jest to także część historii kultury materialnej, popularnej i smak pewnej epoki: gdy tak parkowaliśmy nasze „podrasowane” Wigry i Flamingi pod społemowskim sklepem przy ulicy Kochanowskiego, i wpadaliśmy na 0,33 litra gazowanego smakołyku. W wersji z wodą. Bo sucha innowacja PRLu, czyli: oranżada w proszku… to zupełnie inna, nie mniej barwna historia. Smakołyk wysokiej klasy, sprzedawany w papierowych torebeczkach należało rozpuścić w wodzie (były nawet bąbelki! :-). Oczywiście nikt tego nie robił i „oranżadę” wsuwało się na sucho, prosto z ręki - im bardziej brudnej, tym lepiej smakowała! Odmiany były różne, najczęściej o smaku pomarańczowym i cytrynowym, ale były też udające colę. W latach 70. w kioskach Ruchu pojawiła się też wersja ekskluzywna proszkowanych napojów, w foliowym, metalizowanym opakowaniu. Nazywała się Polfinka i smakowała całkiem nieźle. Co ciekawe, Polfinka była także dostępna w rozpuszczalnych tabletkach: wielkością podobnych do tych, w jakich kupowało się Calcium, czyli: wapno musujące. Potem większość rarytasów zniknęła z rynku. Serię kryzysową zamykały niegazowane napoje w woreczkach, z dołączaną rurką do picia. Woreczki były zwykłe, przezroczyste a smak napojów – trudny do zidentyfikowania. Dominowały dwa kolory: żółty i czerwony. Ten pierwszy niby malinowy a drugi, chyba cytrynowy. Według mnie smakowały jak rozpuszczone w wodzie landrynki albo galaretka owocowa… Mniam!

To na dziś tyle z kolejnego, sentymentalno wspominkowego frontu. Za tydzień wymyślę coś innego, a teraz… idę się napić ORANŻADY. Może jakąś w sklepie jeszcze znajdę…

P.S. Ponieważ tak jakoś mi się udało na zakończenie wymienić nazwy popularnych rumaków dwuśladowych z tamtych czasów, pewnie następnym razem powspominamy trochę na ten temat. Jest o czym. :-)

Tekst: Shepard

  

Nick:
Mail:
Treść:
 
Wszystkie pola są wymagane.
twinn> Tutaj możesz wyrazić swoją opinię na temat tego artykułu.
Miastowy> odjazd panie Shepard! dzięki za tę sentymentalną podróż wzruszyłem się nie na żarty; prawie wszystko pamiętam - oranżadę jeszcze w butelkach z zamknięciem typu klips! mandarynka i ptyś, to były czasy. Zapomniał pan tylko o tzw. wodzie firmowej w bani na ladzie w Murzynku. pozdrawiam!
jagienka.prima> Ech sentymenty... Aż mi się łezka zakręciła w oku... To były czasy... No i ta bania też jest w mej pamięci... :)
Shepard> To był kombajn (ta bania) marki Polar: woda się w tym chłodziła i mieszała, przelewając z dołu do góry. Urządzenie stało na ladzie każdej szanującej się knajpy, a także np. w sklepiku na basenach przy Pułaskiego, w Hortexie i Asie. Smaki samej wody też trudne do określenia: według kolorów można było wnioskować :D żółty albo czerwony. Coś jak te napoje w workach, ale chyba jednak gatunkowo było to lepsze. A kto pamięta takie cóś pod tytułem GRONOVIT? Różowe ziarenka, jak trutka na gryzonie :lol: żarło się to z ręki a'la oranżady w prochu.
jagienka.prima> Polfinkę pamiętam do dziś... Potem gdy jej brakło zastąpiliśmy ją innym proszkiem [choć trudniejszym w owym czasie do zdobycia]... Kto pamięta Visolvit? Pudełko na którym namalowany był chłopczyk z 10 saszetkami? To dopiero szczypało w ozorek... :) [url]http://t2.gstatic.com/images?q=tbn:ANd9GcQ_PK8Fa9BBi_W3L0kP6pg0hsMJd0Uath5BdcuwS2nrkRjhtN6blQ[/url] :) :) :)
bolo> na tych naklejkach jest wydrukowany adres rozlewni z Rzeszowa. Gdzie to było?
jagienka.prima> ul. Torowa to jest tam, gdzie dziś mieści się m. in. UNIMET... Ale rozlewnia była bardziej w głębi [tak mi się majaczy...]
Miastowy> Tak. Zdaje się że balon z wodą stał na takiej lodówce czy szafce. czyli że to była chłodziarka.? Pamiętam ten napój sprzedawany na rzeszowskim basenie w tym samym okienku gdzie lody i herbatniki. Ale tak mi coś świta, że na basenie kubeczki były używane już jednorazowe. Pani jagienko.prima, visolvit to chyba jeszcze dziś można kupić w aptece, a ja raczej kojarzę vibovit i pudełko chłopaczkiem w kółeczku. Gronovitu nie kojarzę. Oranżadę w proszku kupowało się i dzieliło solidarnie z kolegami.
jagienka.prima> Można kolego Miastowy... Ale to już zupełnie inny klimat a i smak... No i ja pamiętam Visolvit na... RECEPTĘ! Dlatego był takim rarytasem... A Vibovit o którym piszesz też był inny... Jak moje dzieci były małe to kupowałam ten nowy i poczułam wyraźną różnicę... Stąd ten mój sentyment do tamtych produktów aptecznych... :)
miastowy> No nie wiem, nie mam dzieci. Ale z tamtych produktów aptecznych pamiętam takie żółte cukierki do ssania "akron". można było to kupić w kiosku a były na gardło. słodkie to się jadło. P.S. jagienka mieszka w Rzeszowie? W okolicach Torowej?
jagienka.prima> Pamiętam i akron... :) Że nam nie zaszkodził - to cud! Później wycofano go z produkcji gdyż był zbyt coś tam twórczy... :) Ps. Można powiedzieć, że mieszka w okolicach Torowej, choć w niejakim oddaleniu... :)
Shepard> Uuuuóóóóóuuu! AKRON się żarło, cholerka. Kurcze, jeśli faktycznie był toksyczny, no to nieciekawie. Zresztą - wszystko w nadmiarze jest TOKSYCZNE. :lol: Do kompletu był/jest jeszcze Chlorchinaldin - kiedyś w większych tabletkach (takich jak Akron). A w szkołach, w latach 70. rozdawali takie małe tableteczki do ssania - na zęby niby. Też wchodziły jak Słowo Boże. :D [ Oranżadę w proszku kupowało się i dzieliło solidarnie z kolegami ] Tak właśnie: fundujący odsypywał po trochu na rękę obadarowanym, a sam - łykał z torebeczki. :D
Sanger> Wygląda na to że macie pojęcie o temacie... Ale myślę że nie znacie popularnego napoju gazowanego przygotowywanego w tamtych latach na polskiej wsi w gorące wieczory. Głównymi jego składnikami była woda, soda oczyszczona, ocet, sok i coś tam jeszcze. Przygotowanie i picie to był cały rytuał. Lepszy niż dzisiejsze picie Tequili. W każdym razie bardziej skomplikowane :) A gazowane było... wręcz wybuchowe :) Ciekawi???
jagienka.prima> No całkiem mi to obce nie jest... Tylko, że w naszym wydaniu obok wody, sody i ociupiny octu dodawało się... miód... Ale to akurat nie jest już smak z dzieciństwa, choć w jakiś sposób wiejski, gdyż tak mi zabijano pragnienie na jednej z dzielnic Rzeszowa, która kiedyś była piękną, sielską wsią podmiejską... :)
Derek> W kwestii przysmaków "sypkich". Ja przyjmowałam: gronovit, zwany wdzięcznie "trutką na szczury",Visolvit, Vobovit ( gorszy), oranżadka w wielkich, płaskich pastylkach ( w kioskach Ruchu, pakowane w sreberko). Do tego na przerwach pół szkoły kupowało hurtowo w Ruchu akron i takie żółte mordoklejki, które podobno były lekiem dla sercowców( hihihihi, w mojej szkole jak najbardziej się przydawały). A z płynnych: Ptyś, Polo-Cocta, Cytroneta ( podejrzanie przypominająca w smaku izapachu proszek do czyszczenia toalet), oranżada bezbrawna bezimienna butelkowa ( 3xB), a u prywaciarzy coś, co udawało napój-w woreczkach plastikowych z rurką, czyli twz. mocz pawiana:-) Teraz się nie dziwię, że na szkolnych fotografiach mojej klasy mamy dziwne oczka:-)))))))))))))
Miastowy> Przypomniał mi się taki stary kawał z podstawówki: idzie dwóch facetów po pustyni i jeden pyta drugiego: masz coś do picia? mam. A co? oranżadę w proszku.
Diabeł> https://www.facebook.com/666241806878845/photos/a.793721254130899.1073741831.666241806878845/851745461661811/?type=3&theater
 
Nasz własny komputer prawie jak prywatna baza danych Centralnej Agencji Wywiadowczej.
Kiedyś to się piło...
Kolejna podróż w przeszłość śladami kultowych napojów na naszych dawnych stołach i podwórkach.
Usilnie „kręcono” skandal, którego bohaterami miała być nasza regionalna telewizja i jej dwie prezenterki pogody.
Mimo nowoczesnej informatyki i zorganizowania e-urzędu szary człowiek może popaść w kłopoty. Takie jak te…
To smutne wyznanie naszej felietonistki. Nawet nie wiemy, jak wielu osób z otoczenia dotyczą podobne doświadczenia.
Nie zawsze przysłowiowe „wypruwanie flaków” jest dobrym sposobem na rozwój firmy. Inny plan też rodzi sukces.
Nie tylko posłowie tego roku zapomnieli o prawdziwych Świętach. W Rzeszowie nowe obyczaje też mogą zasmucać.
To problem wielu osób prowadzących w pojedynkę własną działalność gospodarczą. Co zrobić, gdy się utknęło?
Dążenie do perfekcji w pracy jest cechą wielu z nas. Ale jakie powinny być rozsądne granice w staranności?
Sama tego chciałam. Marudziłam ostatnio, że nie wiem, czego chcę od życia, jak ono powinno wyglądać (raczej: jakbym chciała, żeby wyglądało), w jaki sposób dalej rozwijać manufakturę, to się doigrałam. Takie rzeczy się nie zdarzają. Myślę i śmieję się na cały głos wracając z zakupów do manufaktury.