Szanowni Państwo, w celu świadczenia usług na najwyższym poziomie, w ramach portalu TWiNN.pl stosujemy pliki cookies. Korzystanie z tej witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu.
 
Homes
Forums
FaceBooks
Kontakts

2011.09.18

Duch na osiedlowym placu zabaw

Wychowałam się na jednym z dużych rzeszowskich osiedli. Typowe blokowisko z lat 70–tych XX wieku. Centrum Rzeszowa. Obserwuję sobie to moje osiedle i cóż, wzdycham tylko. Wszystko się zmienia, tak już jest. Osiedle też powinno. I tak się dzieje. Ale czy na lepsze?

Dzisiejsze place zabaw mają przeróżne huśtawki, zabawki i urządzenia, o których pokolenie dzieci ze wspomnianych lat 70-tych nawet nie marzyło. My na naszym osiedlu też mieliśmy swój plac zabaw. Bardzo wyjątkowy. Może trochę zapomniany, bo wciśnięty między ulicę, szkołę i starsze domki.

Plac był przede wszystkim duży – jak na ówczesne warunki i porośnięty trawą, po której można było do woli biegać – co w tamtych czasach również było rzadkością.

Plac był też raczej niedoinwestowany, bo huśtawki, jakie tam się kiedyś pojawiły (a były naprawdę super), zaraz spadły z zawiasów. Do dyspozycji dzieci pozostały stare, typowe, łańcuchowe. Była też maleńka piaskownica, a do tego te połacie trawy...

W rogu placu była górka, po części usypana z ziemi, po części betonowa. Prowadziły na nią schodki. Do czego miała służyć – nie wiem, ale można było się z niej rozpędzić i zbiec bardzo szybko, a w zimie zjechać na sankach. Na dodatek, rosnące w koło piękne, wysokie akacje, które kwitły na żółto i inne okazałe drzewa rzucały cień. Naprawdę – super miejsce do zabawy.

Był też niedaleko domek. Jego drzwi, zamknięte zawsze na kłódkę, budziły ciekawość. Szybko okazało się, że w domku straszy - tak przynajmniej wszyscy mówili. Wyskakiwała z niego „czarna ręka”. Może tę historię o mściwym duchu wymyślił ktoś po to, żeby dzieci nie kręciły się przy chatce, a może faktycznie coś było na rzeczy.

Plac jednak popadał z czasem w ruinę. W końcu zniknął domek razem z „czarną ręką”, a huśtawki zupełnie się zepsuły. Aż tu kilka lat temu teren ogrodzono. Może ktoś dostrzegł, że graniczy on z ulicą?! Zaczęto wymieniać stare huśtawki i montować nowe. Już myślałam, że na osiedlu przyjdzie lepszy czas dla rekreacji dzieci i wypoczynku mieszkańców. Niestety, zmiany te ugrzęzły właściwie od kilku lat, a teren wciąż nie jest w pełni wykorzystany.

W tym roku ktoś wpadł na kolejny pomysł. Najwyraźniej doszedł do wniosku, że za dużo tego miejsca dla dzieci. Po co komu kawał bezużytecznej trawy? Pomniejszono więc plac zabaw o spory pas zieleni, by... poszerzyć ulicę, a właściwie parking.

Prace zaczęto na nowo kilka miesięcy temu, ale jakoś znowu trudno je skończyć. Rozkopana uliczka i chodnik od kilku miesięcy są ogrodzone. Gdy pada deszcz, woda zalewa rozkopane dziury. Prace baaaardzo powoli posuwają się do przodu, choć robotnicy w ostatnim czasie pracują bez względu na pogodę.

Ale czy ktoś pomyślał co dalej będzie z samym placem zabaw? Jemu też przydałby się jakiś remont i wizja na przyszłość. W konfrontacji dzieci – samochody, dzieci na razie przegrały. W konfrontacji trawa – asfalt, jak zwykle przyroda poniosła klęskę.

Biada jednak temu, kto chce niszczyć zieleń i ten plac zabaw. Takie działania nie biorące pod uwagę naturalnych potrzeb wynikających z natury, w końcu się mszczą. I jest to zagrożenie znacznie bardziej realne niż zemsta „czarnej ręki”, wciąż gdzieś tu obecnej w murach osiedla.

MADA

  

Nick:
Mail:
Treść:
 
Wszystkie pola są wymagane.
twinn> Tutaj możesz wyrazić swoją opinię na temat tego artykułu.
jagienka.prima> Oj... Aż mnie ścisnęło na wspomnienie mojego przyblokowego placu zabaw... Dziś gdy przychodzę na dawne podwórko i widzę ten wymuskany sprzęt, to mimo niedoskonałości tego czym ja i moje pokolenie zadowolić się musiało, dziękuję Bogu, że nie dane mi było bawić się na huśtawkach z normami unijnymi... Tamte, marne i mało kolorowe zabawki zostawiały pole dla wyobraźni... No i wielka ich skąpość zmuszała nas, wielką watahę dzieciarni do angażowania własnej pomysłowości... :)
Shepard> Nie wiem Jaguś czy sobie tego życzysz, ale... Jest gdzieś w archiwum takie właśnie zdjęcie pasujące do tego co wspominamy: drabinki starego typu, a na nich Ty i jeden przystojniak. Dziś: świetny i szanowany chirurg onkolog. :lol: Publikujemy? S.
jagienka.prima> Ja nie mam nic przeciwko... Ale czy Pan Dottore też nie, to nie wiem... :) Jakby nie było jest to Jego wizerunek... :) A te drabinki do dziś pamiętam... Oblegane na równi z trzepakiem przy śmietniku... :) :) :)
Shepard> Mówisz - Masz :) Z 19 stką w tle... [img]http://www.polimedia.pl/Galeria/Aga%20i%20%20Rafal_01S.jpg[/img]
Robin> W tle zdjęcia Sheparda widać jkie smutne kiedyś były te nasze osiedla. Z dzieciństwa pamiętam cały czas taki obraz: Beton, piach i oślepiające słońce, ani kawałka zieleni, tylko jakieś młodziutkie kikuty drzewek wystające z ziemi, jeśli był jakiś trawnik to zwykle zachwaszczony i z koślawymi krawężnikami, a poza tym beton, piach i słońce. Zero natury, jednym słowem industrialny PRL.
jagienka.prima> No, ale czego wymagać Robinie od młodego osiedla...? Wybujałej zieleni...? Zdjęcie pochodzi z początku lat 70-tych XX w. Osiedle 1000-lecia zdaje się, że właśnie się tworzyło... Ale oto trzeba zapytać Sheparda... On zna lepiej szczegóły... :)
Shepard> 1973 albo 1974 najpóźniej. Potem Rafał nie mieszkał już na naszym osiedlu. Ten rejon Tysiąclecia (Millennium? :) miał zaledwie trzy lata około. No to czego wymagasz? Drzewa z czasem urosły, dziś to całkiem spore lipki są. Ale pamiętam jak na początku lat 80. zbieraliśmy runo na herbatkę - było po czym się wspinać*. Zero natury? No nie wiem: to co nasadzali nowe - istotnie było maleńkie, ale oszczędzali też to co rosło: obok, bliżej Kochanowskiego był mały zagajniczek z jabłonkami, orzechami, czereśniami i innymi. Ogromne topole wzdłuż ogrodzenia pkp i piękny, okazały dąb na winklu szkoły. Dziś nawet ślad nie pozostał, rozprawili się z drzewami pod koniec lat 90. albo nieco później... ad. * wspinanie ułatwiała siatka ogrodzenia szkolnego, którą się często forsowało odgórnie, bo obchodzić dookoła się nie każdemu chciało, gdy trza było szybko NA BOISKO się teleportować. Do czasu, aż jeden z naszych ZNAJOMYCH - przeorał sobie ciałko pod pachą, gdy mu się noga omskła. Sensacja była na pół podwórka, babcie co z dzieciakami przy piaskownicy siedziały - mdlały koncertowo gdy kolega truchtał po ratunek do domu, znacząc farbą teren... :lol: Zapytajcie go przy okazji - sam może opowie :)
jagienka.prima> Pamiętam ten sensacyjny wypadek... A i pamiętam takie wakacje, gdy pewien jeden rosły drab chciał pokazać co to on nie jest, i zdzierał dzieciaki [czyli nas] z tych lipek... No i wszyscy się bali, choć smak na ziółko był... Więc jedna młoda dama w obszarpanych spodenkach [zob. fot. powyżej :)] wierząca w siłę i autorytet własnego Ojca postraszyła nimże draba... Drab początkowo kpił i chciał młodej damie przetrzepać siedzenie, ale wtedy Ojciec rzeczonej wkroczył do akcji... Co się działo słowo nie opisze... Za skuteczność interwencji Tatki nich wystarczy zapewnienie, że od tej pory cała podwórkowa dziatwa zbierała bez zakłóceń kwiatostan lipy... :) :) :) Ps. A pamiętasz Shepard taką śliwkę przy płocie szkoły, co bardzo żywiczna była...? Zatapialiśmy robaki, co by bursztynowe skarby były... :)
Mel Torme> Zatapialiscie robaki w żywicy? A ogony kotom obcinaliście? :)
jagienka.prima> Niestety nie :) Ale może Ty masz jakieś ciekawe doświadczenia w podwórkowych szaleństwach z lat 70-tych ubiegłego wieku? No chyba, że się wiekowo nie kwalifikujesz... :D
Derek> Ja karierę podwórkową zaczęłam na osiedlu Dąbrowszczaka,gdzie warunki dla dzieci były super. Place zabaw w każdej części osiedla i kultowy Ogródej Jordanowski z wielką karuzelą. A potem Baranówka IV i pustynia betonowa. Pamiętam, jak u mnie na podwórko przychodził pan z krową, która sobie zajadała koniczyn, którą obsadzano trawniki ( na złość dzieciom, bo przyciągala pszczoły, które żądliły)
Shepard> Jagienka, jeśli dobrze pamiętam (a pamiętam niestety wiele :lol: ) na winklu ogrodzenia szkolnego rosła wiśnia a nie śliwka. Istotnie - żywicy miała bogato... :)
Mel Torme> Moim największym przeżyciem z tamtego okresu było wypadnięcie z wózka nad brzegiem Wisłoka. Ale za to do dziś doskonale potrafie pływać ;)
 



Nasz własny komputer prawie jak prywatna baza danych Centralnej Agencji Wywiadowczej.
Kolejna podróż w przeszłość śladami kultowych napojów na naszych dawnych stołach i podwórkach.
Usilnie „kręcono” skandal, którego bohaterami miała być nasza regionalna telewizja i jej dwie prezenterki pogody.
Mimo nowoczesnej informatyki i zorganizowania e-urzędu szary człowiek może popaść w kłopoty. Takie jak te…
To smutne wyznanie naszej felietonistki. Nawet nie wiemy, jak wielu osób z otoczenia dotyczą podobne doświadczenia.
Nie zawsze przysłowiowe „wypruwanie flaków” jest dobrym sposobem na rozwój firmy. Inny plan też rodzi sukces.
Nie tylko posłowie tego roku zapomnieli o prawdziwych Świętach. W Rzeszowie nowe obyczaje też mogą zasmucać.
To problem wielu osób prowadzących w pojedynkę własną działalność gospodarczą. Co zrobić, gdy się utknęło?
Dążenie do perfekcji w pracy jest cechą wielu z nas. Ale jakie powinny być rozsądne granice w staranności?
Sama tego chciałam. Marudziłam ostatnio, że nie wiem, czego chcę od życia, jak ono powinno wyglądać (raczej: jakbym chciała, żeby wyglądało), w jaki sposób dalej rozwijać manufakturę, to się doigrałam. Takie rzeczy się nie zdarzają. Myślę i śmieję się na cały głos wracając z zakupów do manufaktury.